Czy Wam też czas mija tak piekielnie szybko? Nawet się nie zorientowałam, a poprzednia notka była już tydzień temu!

Dzisiaj pod lupę weźmiemy podstawę mojej pielęgnacji, czyli wszystko to, co nakładam na twarz rano, po umyciu.

Pierwsza marzolista na tym blogu. Zawsze gardziłam tego typu tworami, jednak im więcej stron przeglądam tym częściej robię w głowie listy zakupów, a potem najzwyczajniej w świecie o nich zapominam. Tym razem postanowiłam wrzucić twory na bloga, bo pozwolą Wam trochę lepiej mnie poznać i być może podsuną jakiś ciekawy pomysł?

Nienawidzę malować paznokci. Naprawdę, nie jestem w stanie zdzierżyć siedzenia z łapkami w powietrzu jak pudelek i godzinnej bezczynności gdy pazury schną. Z drugiej strony - dłonie są ekstremalnie ważne i nie umiem pogodzić się z ich widokiem... nago.


Dbanie o włosy to duża część mojej codziennej pielęgnacji. Nawet nie zauważyłam kiedy, jakoś tak po prostu wyszło - a to zmieniłam odżywkę, a to dokupiłam maskę, zaczęłam testować olejowanie i właśnie mija piąty rok mojego nie-zapuszczania.


Która z nas choć raz nie wtopiła pieniędzy kupując podkład? I nieważne czy to było kilkanaście, kilkadziesiąt czy kilkaset złotych, myślę, że irytacja jest podobna.

Dziś nie będzie heheszków. Blogerki urodowe zazwyczaj nie zabierają głosu w sytuacjach takich jak ta - w sumie nie wiem czego się boimy, wszechobecnej poprawności politycznej, tego, że część czytelników się od nas odwróci?



W końcu doprowadzam się do ładu, rozpoczynam obowiązkowy staż w aptece kończący studia, a co za tym idzie - pożegnałam się z Douglasem!


Jeśli czytacie tego bloga względnie regularnie to na pewno dało się odczuć, że nie przepadam za przepłacaniem za kosmetyki. Gwoli ścisłości - daleko mi do skąpca. Nie jest też tak, że nie kupuję kosmetyków selektywnych dla zasady. Wychodzę po prostu z założenia, że jeżeli mając ograniczony budżet mogę kupić coś fajnej jakości za mniejsze pieniądze, to to robię, Plus dochodzi do tego moja dusza odkrywcy - kocham testować nowe produkty.


Ponad miesiąc stosowania, spory wysyp i kilka zdjęć dokumentujących zmiany, jakie zaszły - właśnie z tym dzisiaj przychodzę.


Dwa tygodnie, dwa szpitale, sporo stresu, pracy i bardzo mało czasu. Nienajlepszy koktajl jeżeli chce się prowadzić regularnie bloga.



Pojawiły się głosy, że brakuje Wam wpisów o pielęgnacji cery trądzikowej. Odpowiadając na pytanie - owszem, stan skóry mocno mi się poprawił, jednak muszę cały czas bardzo o siebie dbać, szczególnie ostatnio, gdy na brodzie wyskoczyła grupka nieprzyjaciół.



Czy kogokolwiek dziwi jeszcze zjawisko cienia w kremie, kredce? W ostatnim czasie mam wyjątkowo mało czasu na robienie makijażu oka, więc cenię sobie łatwość obsługi i trwałość jeszcze bardziej niż dotychczas.



Właśnie jadę autobusem i pies jakiejś babeczki zrzygał się (wybaczcie kolokwializm) na siedzenie obok niej. Brawo dla wszystkich trzymających swoich milusińskich na kolanach w środkach masowego transportu i współczucie dla nieświadomej osoby, która na tej tajemniczej plamie później usiądzie. 

Mniejsza o to.

Projekt denko - nie jestem najlepsza w kontynuacji tej serii, ponieważ brak mi systematyczności w gromadzeniu zużytych opakowań. Teraz jednak udało się wykończyć kilka produktów o których mogę powiedzieć nieco więcej.
Miało być dawno, ale postanowiłam poczekać aż będzie co świętować.

Życie jest paskudnie drogie. Jedzenie jest drogie, transport jest drogi, przyjemności z zasady też są drogie. Dobrze jest więc znaleźć raz na jakiś czas jakąś tanioszkę, która rozjaśni paskudny dzień i poprawi humor.






Wpis tworzony w drodze do pracy - stąd końcówka.

Tytuł jest nieco przewrotny, bo staram się ostatnio ograniczyć kosmetyki pielęgnacyjne, kolorówka zostaje bez zmian ;)

Och, jaka długa przerwa w blogowaniu! Absolutnie nie obijałam się w tym czasie, było to naprawdę ciężkie półtora tygodnia. Ba, nadal jest niełatwo, ale sądzę, że z czasem wszystko wróci do normy, a może nawet będę miała kiedyś siłę po pracy na piwko z koleżankami ;)


Dzisiaj kolejna notka pisana w złości i rozgoryczeniu.

Drugi dzień pracy.


Każdej fance makijażu zdarzają się takie zakupy - pod wpływem chwili albo dobrych opinii w Internecie. Dobry research pozwala uniknąć pudła, jednak od czasu do czasu po prostu okazuje się, że produkt nie spełnia naszych oczekiwań.


Jako zapalona fanka Makeup Revolution zawyłam z radości na wieść o powstającej nowej linii, czy raczej marce-córce o nazwie Freedom Makeup. Kosmetyki wyglądem i cenami mocno przypominały mi samą MUR, jednak reklamowane jako PROFESJONALNE sugerowały jakieś zmiany w formułach, pigmentacji - czy właściwie czymkolwiek. Sklep urodomania.pl na dzień dobry obniżył ceny o 20%, dlatego grzechem byłoby nie skorzystać i nie uzupełnić zapasów.



Jako właścicielka cery tłustej ogromnie lubię sera do twarzy. Nie obciążają skóry, są zazwyczaj silnie skoncentrowane, a dobre serum potrafi niejednokrotnie zastąpić mi rano krem nawilżający. O Nanocell Xtreme, które kupiłam zamiast mojego ukochanego serum korygującego na Rossmannowskich wielkich przecenach pisałam już w maju. Wtedy absolutnie mnie nie urzekło. Czy coś się zmieniło w tej kwestii? Nie ukrywam - niekoniecznie.


Byłam dziś na pierwszej rozmowie kwalifikacyjnej. Chyba zdjęcie zamieszczone w CV nie było tak fatalne jak mi się wydawało, bo telefon zadzwonił tydzień po wysłaniu aplikacji (w ciemno, bez listu motywacyjnego).


Historię Pewnej Brwi można też nazwać Bajką o Łysej Brwi. Łysej z winy jej właścicielki, czyli mnie.


Moja miłość do Makeup Revolution ma się dobrze, a kolekcja kosmetyków osiągnęła spore rozmiary. Niektóre z nich pakuję do koszyka bez wcześniejszego researchu, natomiast inne polecają popularne blogerki i vlogerki. Tak było w tym wypadku. Farbki Lip Lava urzekły mnie pigmentacją na filmiku Maxineczki.



Jeśli jesteś kobietą, pewnie masz cellulit. Wiem, że w tym momencie kilka osób pogroziło mi pięścią, ale prawda jest bolesna - 98% zna "problem" cellulitu od podszewki.

Ten wpis w ogóle nie powinien powstać, ale ładnie komponuje się z moim nawoływaniem do samoakceptacji, więc oto i on. A raczej ja. Oto ja, w pełni swoich możliwości mimicznych.



Czasem zdarza się, że przez lata brakuje nam jakiegoś kosmetyku. Żyjemy ze świadomością, że byłoby świetnie gdyby istniał, ale nie istnieje (albo nie wiemy, że istnieje, albo jest za drogi).


Wczoraj Em Ford, autorka bloga i kanału na Youtube My Pale Skin opublikowała film pod tytułem "You look disgusting". Była to kompilacja wybranych komentarzy, które znalazły się pod filmikami, na których Em wykonuje makijaże kryjące na swojej trądzikowej cerze.


Ale nie tutaj, a w rzeczywistości. Nie odzywałam się (bardzo) długo i przepraszam za nieodpisywanie na maile czy komentarze - ale kto raz się przeprowadzał, ten wie jak to wygląda. A kto bronił magisterki, a dzień później zaczął się przeprowadzać z całym majdanem do innego miasta... ten tym bardziej wie o co chodzi.


Witajcie! Cały (niemal) ubiegły weekend spędziłam na kongresie kosmetologicznym, który odbył się na mojej uczelni. Zapisałam się na niego głównie z myślą o warsztatach z kamuflażu, jednak okazało się, że miejsc nie ma i musiałam radzić sobie inaczej. Mimo, że nie jestem z zawodu ani kosmetyczką ani kosmetologiem, postanowiłam nabyć trochę doświadczenia z kwasami.


Dzisiaj chciałam poruszyć temat demakijażu, czyli czegoś, co kończy dzień bardzo wielu kobiet. Jestem właśnie po lekturze komentarzy pod artykułem na jednym z babskich portali i zadziwia mnie jak wiele może być opinii na temat tej jednej, niby oczywistej, kwestii. Chciałabym więc zachęcić do dyskusji i dołożyć swoje trzy grosze.


W Karygodnych, małych grzeszkach wspominałam o konieczności oczyszczania skóry. Sama w pewnym momencie mocno ten aspekt pielęgnacji zaniedbałam. Później na rynek weszła nowość Bielendy, a ja postanowiłam sprawdzić co potrafi.


... Ale nie dziś, ani nie jutro. Lamadolamy zrobiła sobie wolne przed obroną i pojechała do rodziców. Zdjęcia porobione, materiał gotowy, aparat nawet wzięty, ale o kablu się zapomniało i nijak nie mogę znaleźć zastępczego.


Czasem zamiast kupnych maseczek, lubię pokombinować z tym co mam akurat w szafce kuchennej. Do tej pory jako nawilżające SOS dobrze sprawdzała się maska z siemienia lnianego, a dziś postanowiłam przygotować coś bardziej z myślą o trądzikowej skórze, która potrzebuje mocniejszego odżywienia. Najwartościowszym dostępnym składnikiem zdecydowanie jest pyłek pszczeli.


Wielokrotnie wspominałam o tym, że posiadaczki skóry trądzikowej muszą skupić się przede wszystkim na dwóch rzeczach - nawilżaniu i złuszczaniu. O preparatach nawilżających pisałam już kilka razy, natomiast na dobrej jakości peeling trafiłam dopiero kilka miesięcy temu i jest to produkt profesjonalny, czyli niedostępny w drogeriach. Mimo to, warto zadać sobie trud znalezienia go stacjonarnie lub zakupu przez Internet, bo działanie profesjonalnych kosmetyków zdecydowanie przewyższa ich drogeryjne odpowiedniki.


Trzecia, a więc póki co przedostatnia część z serii Jasnych Podkładów. Poprzednie części znajdziecie tu i tu. Tym razem przedstawiam podkład, z którym zaprzyjaźniłam się już rok temu, jednak ze względu na zbyt ciemny kolor (#32) poszedł w odstawkę na dno szuflady... I już z niej nie wyszedł. Udało mi się jakiś cudem zdobyć natomiast odcień najjaśniejszy, #30, w dodatku na promocji -49% w Rossmannie.


Dzisiaj chciałabym przedstawić Wam paletkę Makeup Revolution, którą kupiłam już jakiś czas temu, jednak dopiero po kilku dniach zorientowałam się, że mam do czynienia z kolejnym kosmetykiem "inspirowanym" UD, czyli mini-paletami Naked Basics 1 oraz 2. Paleta MUR Iconic Elements jest idealnym, nudziakowym cudeńkiem, które przypadło do gustu nawet mi, absolutnej antyfance neutralnych kolorów.


Bielenda w sposób podejrzany ostatnio kusi nowościami. Skorzystałam z promocji -40% w Rossmannie i zdecydowałam kupić dwa sera - jedno nawilżające i jedno brązujące oraz piankę Magic Bronze i maskę korygującą na noc. Dzisiaj szybciutko przedstawię Wam te produkty, a w najbliższym czasie napiszę szczegółowe recenzje poparte zdjęciami.


Do dzisiejszego posta natchnął mnie obecny stan skóry i przemyślenia na temat tego, co go spowodowało.


Od jakiegoś czas staram się wyjątkowo dbać nie tyle o włosy jako takie, a o skórę głowy. Wychodzę bowiem z założenia, że na jakość włosiwa, które ma wyrosnąć nie wypłyną ani keratyna ani silikon, a dobrej jakości maseczki, wcierki i oleje. Efektem ubocznym moich działań jest też stopniowo wydłużający się czas pomiędzy myciami głowy. Jeszcze rok temu włosy musiałam myć codziennie, natomiast teraz standard to 3 dni.


Jeśli chodzi o pielęgnację ust, jestem dość wybredna i mimo, że nie mam wielkiego problemu ze skórkami to staram się zawsze mieć przy sobie coś pielęgnacyjnego. Na przestrzeni lat nauczyłam się, że najlepiej sprawdzają się naturalne kosmetyki, oparte na olejkach - więc wszelkie pomadki Nivea i kostki Perfecty o owocowych zapaszkach odpadają.


Serię biedronkowej Tołpy już na blogu przedstawiałam - krem matujący okazał się kiepski do użytku na co dzień, ale niezły do zadań specjalnych, Tonik jest natomiast kolejnym przykładem na to, że trzeba dokładnie czytać składy.


Wielokrotnie pisałam o tym, że kluczem do pięknej cery i pozbycia się problemów ze skórą jest dokładne oczyszczanie. Jestem ogromną fanką oczyszczania olejami - niekoniecznie w formie OCM - jednak wiele miesięcy temu skusiłam się na płyn micelarny Bielendy. Później, kiedy się skończył postanowiłam iść za ciosem i dać szansę innemu micelowi, tym razem firmy Green Pharmacy.


Na blogu jakoś nigdy nie było żadnego haulu ani TAGów i pomyślałam, że raz na jakiś czas można by coś takiego zorganizować, chociażby po to, by uporządkować swoje plany. Wyjątkowo nie pokażę właściwie nic związanego z promocją -49%, która wciąż obowiązuje w Rossmannach - a to dlatego, że po odkryciu drogerii internetowych nie zamierzam kupować tam kolorówki. Jeżeli jesteście ciekawe szczegółów, zapraszam niżej.



Dziś późnonocna, jak zwykle, notka o doskonałym kosmetyku pochodzącej z Rosji firmy Baikal Herbs. Produkty takie jak ten nie są niestety ogólnodostępne i trzeba się czasem nachodzić, ale widzę wciąż rosnący trend na sprowadzanie rosyjskich kosmetyków do sklepów EKO - i prawdopodobnie tam powinnyście ich szukać. Warto.


Dawno minęły czasy, kiedy Ewcia miała długie, gęste rzęsy. Lata używania tuszów robi swoje i nie ukrywajmy, nie jest to nic zdrowego, a nie jestem też osobą, która zdecyduje się na bimatoprost tylko po to, by pomrugać firanką.


Kiedy zdiagnozowano u mnie wszystkie nietolerancje pokarmowe, życie stanęło na głowie. Musiałam zupełnie przewartościować swój sposób odżywiania, który - notabene - postrzegałam wtedy za całkiem zdrowy. Teraz widzę, że zdrowy to on na pewno nie był, co najwyżej poprawny ;)

Następny wpisNowsze posty Poprzedni wpisStarsze posty Strona główna