Buble, których NIE używam

Każdej fance makijażu zdarzają się takie zakupy - pod wpływem chwili albo dobrych opinii w Internecie. Dobry research pozwala uniknąć pudła, jednak od czasu do czasu po prostu okazuje się, że produkt nie spełnia naszych oczekiwań.



Dziś chcę pokazać kosmetyki, których niemal nie używam. Część z nich należy do grupy lubianych i bardzo polecanych, do tego znajdujących się na średniej półce cenowej więc ból jest szczególny. 

Zestawienie otwiera słynny wypiekany róż do policzków Bourjois, kosztujący (bagatelka) 51 zł bez promocji. Posiadam kolor 33, Lilas D'or - piekny, ze złotą poświatą. Do niewątpliwych zalet należą ogólnodostępność, gama kolorystyczna, a także wydajność. Opakowanie pięknie leży w dłoni, jest lekkie, lecz solidne i zawiera lusterko. To by było na tyle, jeśli chodzi o zalety.



Wady natomiast dyskwalifikują go na całej linii. Po pierwsze i najważniejsze - róż ten jest tak twardy, że nie radzi sobie z nim absolutnie żaden pędzel. Równie dobrze mogłabym szorować pędzlem po biurku i oczekiwać, że kolor sosnowy jakimś cudem znajdzie się na włosiu. Aby w ogóle używać konieczne jest skrobanie po powierzchni pazurem. Wyobrażacie sobie? Róż kosztujący pół stówy muszę skrobać paznokciami aby móc go użyć. Coś takiego jest absolutnie nie do przyjęcia. Nie wiem, może to mój jest felerny, bo nie wierzę, że ktokolwiek może być w stanie go stosować i być zadowolonym. A gdy widzę peany na jego cześć i opinie typu "najlepszy róż jaki istnieje" to zastanawiam się na jakim świecie żyję i co jest ze mną nie tak.


Drugi agent, tej samej firmy. Tak, to obrzydliwe, obdarte z napisów opakowanie należy do Bourjois. Mamy tutaj szminkę w kredce w kolorze Russian Plum. Świetny, jesienno-zimowy kolor w cenie 30 złotych. Tyle właśnie każcie sobie dopłacić, jeśli ktoś będzie próbował Wam to opchnąć. To oficjalnie najgorsza szminka w całej mojej kolekcji, swoją beznadziejnością przeskoczyła nawet szminki Catrice. Kolor jest nierównomierny, tworzy plamy, szminka ma konsystencję roztopionego masła i mniej-więcej tak samo wygląda jej aplikacja. Nie wyjechać nią poza kontur ust to sztuka. Mam cztery inne szminki w kredkach i właściwie każdą, oprócz krwistej czerwieni, można aplikować niemalże w biegu. A tutaj? Niedoczekanie. Malowanie się nią to dosłownie obrzydliwe doświadczenie. 


Kiedy już jakimś cudem wygląda jako-tako, to nie oczekujcie, że posiedzi na miejscu. Jej trwałość jest właściwie ujemna, ściera się od samego patrzenia i kontaktu z molekułami w powietrzu. Wsiąka i rozpływa się w strukturze skóry, wygląda paskudnie już po 30 minutach. Nienawidzę jej, dałabym swojej córce do użytku gdybym chciała dzieciaka zniechęcić do zabawy makijażem.


Następna w kolejce jest Colour Elixir od Max Factora w kolorze Magenta Divine #625. Głupia sprawa, bo jej siostra o nazwie Scarlet Ghost to jedna z najlepszych szminek z jakimi miałam kontakt. W tym wypadku coś nie pykło. Zaletami są cudna, kremowa konsystencja, łatwość nakładania, estetyczny wygląd. I o ile Scarlet powala pigmentacją, wykończeniem, kolorem, kryciem oraz trwałością to ta tutaj nie ma nic z powyższych. To po prostu zwykła szminka o babciowo-karmelowym zapachu, troszkę jakby perłowym (?) wykończeniu i średnim kryciu. Wielka szkoda, kolor ma naprawdę niespotykany. Co ciekawe, na zdjęciach wygląda całkiem przyzwoicie i twarzowo, a i to wykończenie nie bije po oczach.

Daaawno, dawno temu kupiłam kilka pomadek z Kobo. Jedna z nich, w kolorze Fuksji była chyba pierwszym tak odważnym kolorem w mojej karierze. Dość zabawne, zważywszy, że piszę tę notkę mając na sobie szminkę w kolorze gorzkiej czekolady ;) W każdym razie nabyłam do niej też swoją pierwszą konturówkę. Co ciekawe, u szminki średniawkę jestem w stanie jeszcze zdzierżyć, ale w drugim przypadku nie ma takiej opcji. Konturówka musi być niemal niezmywalna, aby trzymać szminkę w ryzach i przedłużać jej trwałość. Ścieranie przy jedzeniu czy po głupim przejechaniu opuszkiem palca jest nieakceptowalne. Cóż, Kobo w tym wypadku wypadło kiepsko.

Na koniec został zachwalany eyeliner w pisaku L'oreala. Oj, jaka ja głupia byłam kupując go. To on otworzył mi oczy i uświadomił, że ja nienawidzę eyelinerów w pisakach/gąbeczkach. Zrobienie nim ładnie wyglądającej jaskółki jest właściwie niemożliwe, czerń jest byle jaka, a trwałość mierna. Pisak niby ma stronę wąską i szeroką, ale różnica pomiędzy nimi jest żadna. Żeby ładnie wykończyć oko cieniutką kreską musiałam sięgać po drugi produkt, w kałamarzu. Sprawdzi się jedynie w przypadku fanek grubej krechy kończącej się wraz z linią rzęs lub typowo grunge'owego looku, w którym ma być grubo i niechlujnie. 



Aby porównać intensywność linii zestawiłam ten produkt z innym linerem w pisaku, trzy razy tańszym firmy Essence. Mimo swojej beznadziejności Essence wygląda ładniej, ma pędzelek zakończony spiczasto i trzyma się dłużej. Chyba nie muszę nic dodawać.

L'oreal Super Liner Duo Precision | Essence Eyeliner Pen


To oczywiście nie wszystkie kosmetyki, których nie używam, jednak do tych zdecydowanie powracam w męczarniach i za każdym razem gdy są w użyciu zastanawiam się gdzie ja miałam głowę by je kupić. Jeżeli macie z nimi jakieś doświadczenia, chcecie się wypłakać po nieudanym zakupie lub zgrzytacie właśnie zębami na myśl o jakimś bublu - zachęcam do komentowania ;)
Następny wpisNowszy post Poprzedni wpisStarszy post Strona główna

6 komentarzy:

  1. Dziwne, że róż z Bourjois tak słabo się u Ciebie sprawdził. Miałam możliwość testowania go u koleżanki i sprawiał całkiem dobre wrażenie. Może trafił Ci felerny egzemplarz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, być może, jednak patent ze skrobaniem mam z Internetu od innej właścicielki takiego twardziocha, a wszystkie moje koleżanki, które go posiadają są również bardzo niezadowolone. Trochę za dużo tu zbiegów okoliczności.

      Usuń
  2. Mam róż Bourjois nr 85 sienna, matowy, nie jest twardy i pędzlem Hakuro czy tym dołączonym pędzelkiem ładnie się nakłada. Jednak jego trwałość... no jest kiepska. Wytrzymuje na mojej twarzy max 2h jak nie mniej - nie wiem czy to wina mojej tłustej cery, czy produktu...

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja mam dwa róże Bourjois 34 Rose d'Or i 95 Rose de Jaspre. Nakładam je pędzlem Real Techniques i jestem dosyć zadowolona, chociaż nie są zbyt mocno napigmentowane i kolor trzeba dokłądać, z drugiej stronyłatwo go stopniować i trudno zrobić sobie krzywdę. Podejrzewam, że Twój róż jest mocno wyschnięty- ponieważ gdy testowałam te róże w celu zakupu swoich, część testerowych kółeczek nie dawałą właśnie żadnego koloru i byłą twarda i sucha jak cegłą.
    Zgadzam się natomaist co do eyelinera L'Oreala. PRzyzwyczaiłąm się do nich gdy mieszkałąm w Stanach i stosowałam duet razem z tuszem Telescopic. Po powrocie do Polski, gdy amerykańskie zapasy się skończyły, pobiegłam do drogerii, kupiłam i... zonk. Tego nie da się używać! Okropny aplikator - mój się kruszył i ta guma czy coś się ciągnęło, kolor tępy, blady, szybko się kończy podczas nakłądania, suchy, trudno wykonać precyzyjny makijaż... Tusz też nie powalił, kruszył się i robił pandę...Nie wie czy L'Oreal na Stany ma inne sklady niż na Europę, a może raczej Polskę, ale po latach wspołpracy z tą firmą w USA, w Poslce muszę znaleźć nowy tusz i nowy eyeliner :( Szkoda

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Być może jest właśnie wyschniety, ale CZEMU, skoro po kupieniu pierwsza warstwa była super napigmentowana i dawała mnóstwo koloru? Strasznie mnie to wkurza, bo kupuje kosmetyk wcale nie tani i oczekuje jakości przynajmniej przyzwoitej, a tu zonk. Jeśli to zjawisko powszechne to firma powinna nad tym popracować, a mam trochę wrażenie, że produkt ma już utrata opinie i jadą na tym tak długo jak się da.

      Miałam kiedyś telescopica, jest fatalny! Kruszyl mi się jak szalony, całe okolice pod oczami miałam od niego czarne. Jeśli ten produkowany na stany jest lepszy to może znajdziesz go na kosmetykizameryki?

      Usuń
  4. Widzę, że mamy podobne zdanie o kosmetykach, które przedstawiłaś:/
    Podoba mi się Twój ,,zadziorny" styl pisania:)

    OdpowiedzUsuń