Arganowy koncentrat brązujący Bielendy | Argan Bronzer



Czasem zdarza się, że przez lata brakuje nam jakiegoś kosmetyku. Żyjemy ze świadomością, że byłoby świetnie gdyby istniał, ale nie istnieje (albo nie wiemy, że istnieje, albo jest za drogi).

Tak było ze mną i mazidłami brązującymi do twarzy. Wszystkie zawierają parafinę i zapychają. Absolutnie wszystkie. Śmierdzą. Smród ciągnie się za mną pół dnia i wnioskując po reakcjach ludzi w sklepie, nie tylko ja go czuję. Zostawiają smugi albo dziwny, brudny kolor. Mam bardzo jasną karnację, jednak latem słońca nie unikam, wręcz przeciwnie - biegam w krótkich spodenkach i topach i podczas gdy reszta ciała opala się na złocisto-oliwkowy kolor, to twarz pokryta makijażem z filtrami od niepamiętnych czasów pozostaje biała.

Wygląda to kiepsko, szczególnie, gdy zmyję makijaż.

Tak więc gdy kilka tygodni temu kupowałam koncentrat arganowy Bielendy nie miałam wielkich oczekiwań, chciałam po prostu żeby na początek nic mnie nie zapchało. Skład jest wcale niegłupi, a Bielenda od roku właściwie mnie nie zawodzi, więc zastanawiałam się krótko. Powinnam zastanawiać się jeszcze krócej, bo ten kosmetyk to HICIOR, bez którego nie obędę się na pewno przez najbliższe miesiące, jeżeli nie lata.




Może od początku - koncentrat znajduje się w charakterystycznym dla Bielendy szklanym opakowaniu z pipetą. Wygląda profesjonalnie i solidnie, za cenę około 25 zł dostajemy 15 ml produktu. Mało? Może i mało, ale wydajność jest oszałamiająca. To, co widzicie na zdjęciu to ubytek z ostatnich 5 tygodni użytkowania. Wiadomo, nie używam go codziennie, nie używam nawet co dwa dni. Na aplikację przypadają 3, maksymalnie 4 krople, które mieszam z jakimkolwiek serum do twarzy i wklepuję. Nie zdarzyło mi się jeszcze dorobić choćby jednego zacieku czy plamy tą metodą. Sam koncentrat również możemy nałożyć na twarz, jednak przez to, że błyskawicznie się wchłania (jest bardzo rzadki, wodnisty) to rozprowadzenie produktu na skórze mogłoby być nierównomierne.

Tak więc mieszałam go już z kremami, z serami (hue hue), nakładałam na noc, na dzień, w południe, pod makijaż i oleje. Nic mu nie straszne, nigdy nie nie zawiódł, a efekt jaki daje jest delikatny, stopniowy i wygląda zadziwiająco naturalnie. Tej naturalności nie spotkałam nigdy, w żadnym kosmetyku opalającym do twarzy. Po pierwszym użyciu nie byłam pewna, czy cokolwiek się zmieniło, dopiero po nałożeniu podkładu na twarz zauważyłam, że nagle wyglądam na bledszą, niż jestem w rzeczywistości.

Zapaszek istnieje, ale jest mniej uciążliwy i trochę przyperfumowany w stosunku do swoich kolegów z branży. Gwoli ścisłości - nie można też oczekiwać cudów. Każdy kosmetyk brązujący który zawiera dihydroksyaceton będzie pachniał w ten charakterystyczny sposób. To jest właśnie zapach towarzyszący reakcji chemicznej, w wyniku której naskórek brązowieje. Im większe stężenie substancji, tym większy smród.

Efekt opalenia utrzymuje się tak długo, jak długo naskórek nie ulegnie złuszczeniu. Kwasy, depilacja woskiem, peelingi i im podobne skracają ten czas, jednak załóżmy, że aby kolor utrzymywał się na tym samym poziomie niezmiennie, to aplikację należy ponawiać co 3-4 dni.

Natomiast jeśli chodzi o to, jak prezentuje się moja skóra po użyciu 4 kropli dwa dni temu:



A dla porównania, zdjęcie z zimy:



Oczywiście kwestia oświetlenia robi swoje i zdjęcie zimowe jest nieco zbyt jasne i chłodne by oddać faktyczny kolor cery, ale różnica obejmuje właściwie tylko tonację - naturalnie wpadam w żółty, a nie różowy... Zwróćcie natomiast uwagę na to, jak twarz zgrała się na zdjęciu aktualnym z szyją - szyję mam opaloną na słońcu, twarz ani trochę!

Skład: 

INCI: Aqua, Betaine, Dihydroxyacetone, Glycerin, PEG-12 Dimethicone, Polysorbate 20, Troxerutin, Sodium Hyaluronate, Argania Spinosa Callus Culture Extract, Isomalt, Lecithin, Sodium Lactate, Lactic Acid, Polyacrylate Crosspolymer-6, Deceth-7, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, PPG-26 Buteth-26, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, DMDM Hydantoin, Sodium Benzoate, Parfum, Buthylphenyl Methylpropional, Limonene, Linalool,

Na zielono - składniki nawilżające, kondycjonujące skórę
Na fioletowo - konserwanty

Prawdę mówiąc do zakupu przekonała mnie betaina tak wysoko w składzie i fakt, że rzeczywiście nie jest to wyłącznie chemol, mający nadać jakiś kolor skórze, ale również w miarę możliwości ją odżywić. Przez wysoką zawartość polimerów, poprawiaczy konsystencji i regulatorów wchłaniania nie mogę tego kosmetyku nazwać serum, jednak nie mam wyrzutów sumienia nakładając go na twarz. 

Moim zdaniem koncentrat Bielendy może z powodzeniem konkurować z produktami wysokopółkowymi jeśli chodzi o komfort stosowania, efekt, wydajność i oczywiście cenę. Rzadko znajduję kosmetyk, do którego po prostu nie ma gdzie się przyczepić i który spełnia moje oczekiwania w 100%.  Po ponad miesiącu używania nie wyobrażam sobie, że ktoś mógłby być z niego niezadowolony. Polecam, polecam, polecam - nie ma osoby, która korzysta na wystawianiu się na promienie słoneczne, ale nareszcie znalazło się coś, co rekompensuje ich brak!
Następny wpisNowszy post Poprzedni wpisStarszy post Strona główna

7 komentarzy:

  1. Świetny efekt! Dobrze, że zapach nie jest tak nachalny jak w przypadku innych tego typu kosmetyków.

    OdpowiedzUsuń
  2. Syfki po nim nie wyskakują?

    OdpowiedzUsuń
  3. Ewo mam cerę taką jak Twoja i zainteresowała mnie seria z bielendy. Powiedz gdzie zakupilas maskę z bielendy, która opisywałaś w jednym z postów. W żadnym rossmanie nie mogę jej znaleźć, może w jakimś innym sklepie w Białymstoku?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chodzi Ci o tę żelową na noc? swoją kupiłam w rossmanie na Sienkiewicza, jest (lub była) w dziale z maskami w saszetkach, na prawo od kolorowki, na lewo od kosmetyków pielęgnacyjnych do twarzy.

      Usuń
  4. Super, dziękuję Ci za odpowiedź. Akurat mój rossman więc lepszych wskazówek nie mogłam dostać :) jutro biegnę szukać. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. ooooo to ciekawy produkt! Widać, że daje efekt skóry muśniętej słońcem na pewno po niego sięgnę :)

    OdpowiedzUsuń