Haul zakupowy NIE-rossmannowy


Na blogu jakoś nigdy nie było żadnego haulu ani TAGów i pomyślałam, że raz na jakiś czas można by coś takiego zorganizować, chociażby po to, by uporządkować swoje plany. Wyjątkowo nie pokażę właściwie nic związanego z promocją -49%, która wciąż obowiązuje w Rossmannach - a to dlatego, że po odkryciu drogerii internetowych nie zamierzam kupować tam kolorówki. Jeżeli jesteście ciekawe szczegółów, zapraszam niżej.


Na zdjęciu powyżej widzicie cienie firmy Pierre Rene, które nabyłam podczas promocji -40%. Ich regularna cena trochę mnie odstrasza, a poza tym nie przepadam za pojedynczymi cieniami, które po zakupie walają mi się luzem i nigdy nie mogę znaleźć tego, którego potrzebuję. Tym razem jednak się skusiłam i kupiłam kolory: 119 Mocha, 149 Egyptian Sun, 65 Arctic Night. Wszystkie są cudownie miękkie, nakłada się je świetnie palcem i tworzą błyszczącą taflę na powiece.




Moja miłość do Makeup Revolution kwitnie i zaczyna powoli przerażać swoimi rozmiarami. Cały czas czekam aż spotkam bubel, który mnie choć trochę do tej firmy zniechęci i nie mogę się doczekać. Dlatego też duża część moich zakupów to właśnie produkty MUR. Urzekają mnie jakością, opakowaniami i przede wszystkim CENĄ. Najdroższy kosmetyk, który kupiłam to paleta Makeup Revolution Elements, będąca duplikatem Urban Decay Basics 1 i 2. Za 12 cieni zapłaciłam... 20 zł. To daje 1,67 zł za jeden kolor. Jeden doskonałej jakości, cudnie napigmentowany kolor, którym rozkosznie się pracuje. Nie jestem fanką nudziakowych cieni do powiek i nie odczuwam potrzeby posiadania wielu odcieni brązu, dlatego ta paleta będzie moją bazą pewnie przez bardzo, bardzo długi czas. Póki co wykonałam nią dwa makijaże, które wyglądały naprawdę pięknie na powiece i trzymały się cały dzień.




Jedyny Rossmannowy kosmetyk dzisiaj to podkład Manhattan Easy Match Make Up w kolorze 30, Soft porcelain. Ja nie wiem o co chodzi, ale w Białymstoku widziałam ten odcień jeden, jedyny raz rok temu - i głupia wtedy nie kupiłam. Powyższy egzemplarz znalazłam dopiero w Warszawie. To świetny, niezbyt kryjący podkład dla bladolicych, które nie są bardzo żółte. Jest obecnie w fazie testów i wyrasta na ulubieńca lata.




Znów MUR i tym razem The ONE Blush Stick, czyli róż w sztyfcie, odcień Matte Rush. Miałam kiedyś róż w musie firmy Manhattan w podobnym kolorze, jednak chyba nie do końca umiałam go nakładać i mocno zraziłam się do wszystkiego co nie ma formy prasowanej lub sypkiej. Zupełnie niepotrzebnie. Na razie użyłam go jeden raz, dzisiaj, zaraz po otrzymaniu przesyłki i już czuję, że będziemy nierozłączni - a zważywszy, że ten produkt jest OGROMNY, starczy mi pewnie do końca życia. Kluczem do sukcesu jest duo-fiber, umiar oraz wytarcie pędzla w rękę przed dotknięciem policzka. Na szczęście to kosmetyk wodoodporny, więc znów, kolejny ulubieniec lata.




Farbki MUR Lip Lava zaczynają podbijać Internet i zupełnie słusznie. Żeby ich używać trzeba mieć jednak idealne usta, bo farba podkreśla wszystkie nierówności, jeżeli takie istnieją. Na pocieszenie powiem, że nie wydaje mi się, aby pogarszała stan warg, ale żeby wydać końcowy werdykt muszę jej trochę poużywać. Kolor, który posiadam ma nazwę Tremor i to jeden z tych idealnych, łagodnych, naturalnych róży, które podkreślają naturalny kolor ust.




Ostatni mój zakup to cień w kremie Color Tattoo Maybelline, który nie wiem czy w ogóle był dostępny z Polsce - jeśli tak, to było to tak dawno, że aż boję się myśleć. Nazywa się Blue On By i to perfekcyjny, elektryczny niebieski. Cienie te albo się kocha albo nienawidzi - ja je kocham, szczególnie, gdy kupuję za niecałe 10 zł w drogerii Internetowej. Właśnie dlatego jestem obrażona na Rossmanna - za obrzydliwie wysokie ceny, brak zabezpieczeń przed otwarciem kosmetyków i wieczny brak najjaśniejszych kolorów korektorów. Postanowiłam, że jeżeli mam taką możliwość, to wolę raz na jakiś czas wydać większą sumę na kolorówkę w Cocolicie lub eZebrze i dać zarobić prywatnej osobie, zamiast wielkiemu koncernowi - tym bardziej, jeżeli ta osoba stara się bardziej o zadowolenie klienta niż koncern. Nie wiem czy macie tego świadomość, ale produkty firm takich jak Maybelline, Astor, Loreal, Max Factor są dosłownie 2x tańsze jeżeli kupujemy je online, w dodatku często jest możliwość dorwania kosmetyków lub kolorów nigdy niedostępnych u nas. To taka całoroczna promocja -50%, aż żal z niej nie skorzystać.
Następny wpisNowszy post Poprzedni wpisStarszy post Strona główna

2 komentarze:

  1. To prawda, ze kupując w drogeriach internetowych wiele rzeczy można kupić dużo taniej niż normalnie. Rossmann ma jednak tą przewagę, że można coś tam przetestować - puder, podkład, cień, eyeliner. Dla mnie to bardzo ważne. Do drogerii internetowej kieruję się wtedy kiedy mam juz upatrzony i wypróbowany kosmetyk. Nie mam niczego z MUR a chyba się skuszę bo widzę, że wszyscy wokół zachwalają tą firmę :p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To fakt, jednak jakoś mnie obrzydzają te testery w drogeriach i sprawdzam tak jedynie eyelinery i podkłady pod kątem utleniania. Nie raz widziałam, jak dziewczyny malują się bez żenady od góry do dołu w drogeriach i jak pomyślę, że potem mam taką szminkę nałożyć sobie na rękę... bleee.

      Usuń