Dla kobiet z parą cojones - INGLOT Matte #422

Ooooj taaak. Musiałam go mieć już w momencie, w którym go zobaczyłam. Oto on, elektryczny, zabójczy, przyciągający spojrzenia i trudny jak cholera - kolor 422 od Inglota z serii Matte. Jak to się stało, że ta kolekcja umknęła mojej uwadze? Ach, no tak, nie bardzo lubiłam zachodzić do Inglota przez paskudny zwyczaj wpatrywania mi się na ręce i mierzenia wzrokiem - do tej pory wchodziłam, brałam co miałam do wzięcia i wychodziłam czym prędzej. Wielka szkoda, bo uciekły mi wartościowe, ciekawe kosmetyki, które jakością i wyglądem biją na głowę te dostępne w drogeriach. Ciekawy kosmetyk o niespotykanej formule, z którą dopiero będę się zapoznawać. Dzisiaj na gorąco, moje pierwsze przemyślenia i wnioski.













Inglot, Matte Lipstick, #422:


Bezwzględny drapieżnik, czający się na półce na niczego nieświadomą ofiarę.


A liczba jego czterysta dwadzieścia dwa.

Cena: 25 zł.
Dostępność: Stoiska Inglota


No kocham ten kolor. Nie da się koło niego przejść obojętnie i właśnie o to w tym chodzi. Niewielu osobom będzie w nim autentycznie do twarzy, ale w mojej ocenie są kolory szminek, które owszem, mają dodać życia, ocieplić, zmiękczyć rysy, podkreślić walory - ale są też takie, które mają po prostu BYĆ. Być i krzyczeć. To jest jeden z tych kolorów.


Skład:


INCI: MACADAMIA TERNIFOLIA SEED OIL, OCTYLDODECANOL, SILICA, DI-PPG-3 MYRISTYL ETHER ADIPATE, TITANIUM DIOXIDE (CI 77891), RICINUS COMMUNIS (CASTOR) SEED OIL, BEESWAX/CERA ALBA, C10-30 CHOLESTEROL/LANOSTEROL ESTERS, EUPHORBIA CERIFERA (CANDELILLA) WAX/CANDELILLA CERA, PENTAERYTHRITYL STEARATE/CAPRATE/CAPRYLATE/ADIPATE, SYNTHETIC BEESWAX, MICA, POLYETHYLENE, OZOKERITE, ALUMINUM HYDROXIDE, COPERNICIA CERIFERA (CARNAUBA) WAX/CERA CARNAUBA, PERSEA GRATISSIMA (AVOCADO) OIL, PTFE, FRAGRANCE/PARFUM, PRUNUS ARMENIACA (APRICOT) KERNEL OIL, TOCOPHEROL, ASCORBYL PALMITATE, BENZYL BENZOATE.


Bardzo, bardzo ciekawy skład. Przede wszystkim zaskakuje na pierwszym miejscu olej z orzechów makadamia! Oczywiście masa substancji filmotwórczych bądź tworzących okluzję, a wśród nich - uwaga - teflon. To on odpowiada za niepowtarzalność formuły. Jest również dwutlenek tytanu, stabilny filtr mineralny. Poza tym dość klasycznie: parafina, krzemionka, woski wszelkiej maści, mika, wosk ziemny, oleje i witaminy. No tak i polietylen.


Pierwsze wrażenia:


Nakłada się tępo, nie sunie po skórze. Niby Velvet Matty też nie mają masłowatej konsystencji, ale kiedy już się przejedzie po ustach, to zostawiają zdecydowaną warstwę koloru, natomiast ta szminka nie - najpierw trzeba ją nieco rozgrzać. Dochodzi do tego, że przejadę kawałek po ustach - cofam - przejadę - cofam i tak w kółko, aż kolor nie będzie równomierny. Nie ułatwia to aplikacji i nie przyśpiesza sprawy. Tak suchego kosmetyku jeszcze w rękach nie miałam.

Zdecydowanie lepszym pomysłem jest nieco niechlujne nałożenie, a potem dokonanie poprawek i uzupełnienie niedociągnięć pędzelkiem. Warstwy można dublować, osiągając pożądane nasycenie. Dzięki Bogu, bo o plamy łatwo.

Jak widzicie na zdjęciach, kolor nie jest super-hiper równomierny:




No i teraz najlepsza część: po nałożeniu szminki usta są... suche. Zupełnie. Tak, jakby nic na nich nie było. Może wydają się nieco bardziej gładkie, ale pierwszy raz w życiu odniosłam wrażenie, że zupełnie niczego nie mam na skórze. No to pięknie - myślę sobie - pewnie za pół godziny będę miała zamiast ust wiór. Nic bardziej mylnego, jakby to powiedział Radek Kotarski. Inglotowi udało się to, co nie udało się do tej pory żadnej innej firmie: po 12 godzinach od nałożenia szukam suchych skórek, które możnaby odgryźć i nie znajduję niczego. Może to szczęście początkującego, dlatego pluję przez lewe ramię i pod tym kątem testy będą kontynuowane.




Inglot szminkę za 25 złotych zamknął w eleganckim, czarnym, metalowym opakowaniu i tym samym zawstydził L'oreale, Astory, Rimmele i Revlony. Zatyczka dość opornie się zdejmuje i zasuwa, ale to dobrze, nie ma ryzyka otwarcia w torebce.

Zapach jest lekko słodki, typowo szminkowy, przy nakładaniu niewyczuwalny. Uff, bardzo mnie to cieszy.

Jeśli zaś chodzi o trwałość: dzisiejszy test rozpoczął się od godzinie 13. Spróbowałam odbić szminkę na szklance i wynik znajdziecie poniżej. Koło 15 zjadłam tłusty obiad, od nadmiaru węglowodanów zasnęłam i spałam twarzą w poduszce prawie do 18 (mogę napisać książkę pt. "Jak zmarnować dzień"). Po wstaniu sprawdziłam wygląd makijażu - zaczęły się pojawiać jaśniejsze plamy i prześwity. Lekkie, ale wypadałoby jednak poprawić, gdybym była w towarzystwie. Potem dobrałam się do granata - dalszych zmian brak. W końcu zapomniałam, że prowadzę testy i zaczęłam szukać zębami tych nieszczęsnych skórek, tak więc teraz, o 00:21 mam na ustach już tylko fioletową obwódkę i cień koloru.


Odbicie na szklance oceniam na 5. Oficjalnie najmniej odbijająca się szminka w mojej kolekcji.


Ogólna ocena: dzisiejsze testy szminka przeszła jak produkt wysokopółkowy. Skład, opakowanie, kolor, trwałość, brak suszenia ust mimo zachowania absolutnego matu - nie mogę sobie zażyczyć więcej. Zwracam jednak uwagę, że pierwsze wrażenie jest często mylące, dlatego ostateczną ocenę wystawię gdy przejdziemy razem przez nowe wyzwania w terenie.

Podstawowy minus - utrudniona aplikacja wymagająca użycia pędzelka oraz brak możliwości poprawek w przypadku pomyłki. Kolor można budować, jednak nie da rady go łatwo usunąć. Nie ma także możliwości odciśnięcia nadmiaru w chusteczkę, co może przyczyniać się do podkreślania struktury skóry i rolowania. 



Następny wpisNowszy post Poprzedni wpisStarszy post Strona główna

2 komentarze:

  1. Super efekt:) Ja mam w identycznym kolorze wysuwaną konturówkę do ust z Inglota i jest rewelacyjna.

    OdpowiedzUsuń
  2. Pięknie piszesz! Twoja filozofia tego koloru całkowicie mnie kupiła :)
    Szukałam jakiegoś zamiennika mac'owego Heroine, i, sądząc po swatchach w internecie, ten podoba mi się nawet bardziej. Muszę mieć!

    OdpowiedzUsuń