Lajtowy post o pole dance


Aparatu nie mam w dalszym ciągu, jakoś na dniach powinnam dostać telefon z serwisu ile przyjdzie mi zapłacić za naprawę Nikona-srakona i czy w ogóle da się go uratować. Kosmetyki dosłownie się piętrzą i w sumie niby mogłabym pisać, ale co z tego, że napiszę jak pięknie napigmentowana jest paleta Rodeo Belle (spoiler!), jeżeli nie będziecie mogli tego zobaczyć. Wczoraj pierwszy raz od miesięcy zabawiłam się w małego technologa i zrobiłam serum kwasowe do twarzy o nieco niższym pH niż to od Bielendy, które katuję już kilka miesięcy. WYSZŁO, z czego jestem bardzo dumna i chciałabym móc już sfotografować swoją twarz, aby było widać czy jest jakiś efekt przy dłuższym stosowaniu. Cały czas bowiem mam jakieś przebarwienia, niby drobne, bo po niespodziankach wyskakujących przed okresem, ale jednak.

Parę tygodni temu pojawił się pod którymś z postów komentarz pytający o moje największe hobby, czyli o pole dance i jak to się stało, że właściwie zaczęłam swoją przygodę. Nasmarowałam wtedy długaśną odpowiedź, ale po czasie stwierdzam, że temu tematowi należy się dopisanie kilku zdań i to jest idealna okazja ku temu.




Nie wiem kiedy pierwszy raz spotkałam się z tą formą sportu, pamiętam natomiast, że będąc na 1 roku studiów (czyli jakieś 5 lat temu) zostało otwarte w Białymstoku pierwsze studio poledance. Strasznie chciałam się zapisać żeby zobaczyć na czym właściwie takie zajęcia polegają, trochę pewnie ciągnęła mnie tam zła opinia ciągnąca się za rurą - taka chęć robienia czegoś niespotykanego, trochę zakazanego? Studio dosyć szybko zostało zamknięte, jego właścicielka wyjechała za granicę i sprawa rozmyła się na kilka lat, ale zawsze gdy widziałam dziewczyny tańczące na rurach w teledyskach czy filmach potwornie zazdrościłam im gracji i siły. A potem trafiłam na filmik występu Jenye Butterfly, który możecie zobaczyć powyżej.


I miałam łzy w oczach. Nigdy nie widziałam żeby ktoś był tak piękny tańcząc.
Potem wszystko potoczyło się samo, studio tańca w mojej rodzinnej miejscowości i cudowna trenerka Magda, która uczyła mnie tylko miesiąc, ale zaszczepiła miłość na całe życie, a potem powrót do Białegostoku, tyle tylko, że już wtedy nie odpuściłam i tak szybko jak mogłam zapisałam się do nowo powstałej szkoły (kolejny dobry zbieg okoliczności, to musiało być przeznaczenie). No i tak już chodzę na zajęcia ponad rok, cośtam umiem, ale jeszcze mnóstwo pracy przede mną. Podobno nie jest źle ;)


Gdy się zapisywałam na pierwszy trening byłam chyba najsłabszą osobą na świecie. Po sporych problemach zdrowotnych ważyłam niecałe 50 kg przy wzroście 171cm, wyglądałam jak anorektyczka, miałam ręce cienkie jak badylki, garbiłam się, trzęsłam, słowem - masakra. Pole dance doprowadził moje ciało do ładu, a wpływu jaki ma na mój stan ducha nie jestem w stanie opisać słowami. Przez dwie godziny w tygodniu pozwalał nie myśleć o problemach, bo na rurze trzeba się skupić na tym, żeby nie spierdzielić głową do dołu, a dzięki temu umysł trochę odpoczywa od tego co zaśmieca nas na co dzień.


Coś co absolutnie jest cudowne w tym sporcie to to, że zawodnicy mają zupełną dowolność w tym jak i co właściwie chcą trenować. Ile dziewcząt (cóż, mężczyzn również) tyle stylów. W pierwszym odruchu oczywiście pole dance kojarzy się z obłędnie wysokimi szpilkami i sensualnością, więc et voila, wybitna Michelle Shimmy, niebojąca się swojej seksualności, ale silniejsza niż większość facetów:




A jeżeli nie widzicie siebie w tej formie, nie ma problemu, tak się składa, że Mistrzynią Świata jest była gimnastyczka, Oona Kivela, u której taniec i kobiecośc jest stricte sportowa:




No i oczywiście Dirdy Birdy, ulubienica Internetu, tańcząca zazwyczaj boso, niezwykle delikatna i ulotna. Na marginesie, zaczęła przygodę z tym sportem 5 lat temu, mając 28 lat i żadnych podstaw gimnastycznych, tanecznych czy sportowych W OGÓLE. Da się? Da się, dla każdego jest nadzieja. Dzięki temu, że postępy wrzuca regularnie na swój kanał na Youtube możemy zobaczyć jak zmienia się sylwetka i płynność ruchów w przeciągu lat treningów.




Te trzy dziewczyny są moimi absolutnymi faworytkami na ten moment, kocham na nie patrzeć, inspirują mnie każdym ruchem i zawsze motywują do treningów. A jak właściwie wyglądają treningi? Na pewno nie tak jak wyobraża to sobie świat. Nie wijemy się roznegliżowane po podłodze w poszukiwaniu dolarów, nie posiadam też szpilek (jeszcze), chociaż tak, wymagane są stroje przykrywające niewielką powierzchnię ciała, bo w innym wypadku nie utrzymałybyśmy się na rurce. Figura którą szlifujemy jest powtarzana na jedną i drugą stronę, żeby bicepsy rozrastały się równomiernie, ale gdyby nagrać nasz trening i obejrzeć potem - straszna nuda. Wycieranie rury z potu, dwa powtórzenia, łyk wody, wytarcie rury, dwa powtórzenia, wytarcie, trzy powtórzenia, ręka boli, trzeba rozmasować, wytarcie rury. Dlatego też niesamowicie bawi gdy ktoś słyszy, że trenuję pole dance i pyta ze świecącymi oczami "O jaa, a co wy tam robicie na tych rurach?". Nic, po prostu ćwiczymy.

Jak każdy sport, tak i ten przynosi ze sobą kontuzje, chociaż chyba nieco więcej niż klasyczny jogging czy siłownia:




Siniaki, którymi każda z nas zawsze się chwali, bo świadczą, że trening był DOBRY.




I małe, upierdliwe, niegojące się "poleburns", czyli po prostu  zdarta skóra, zazwyczaj powstała gdy w mniej lub bardziej kontrolowany sposób zjechało się w dół. Ja zjechałam półtora metra.

Po co właściwie szpilki? Wiadomo, nogi są dłuższe, my jesteśmy wyższe, wyżej możemy się chwycić rury, jesteśmy na większej wysokości. Buty są ciężkie, zamach zrobiony tak uzbrojoną stopą ma nie lada moc, więc kręcimy się szybciej. Poza tym, to tak, jakby ćwiczyć z obciążnikami na kostkach, szpagaty się pogłębiają, a mięśnie szybciej rozciągają gdy coś ciągnie je do dołu. W praktyce szpilki to duże ułatwienie i są niedozwolone na zawodach, tak samo jak nakolenniki czy rękawiczki pokryte lateksem, poprawiającym przyczepność do rury.

To sport dla cierpliwych. Na pierwsze efekty nie trzeba długo czekać, bo spiny wychodzą już przy drugiej, trzeciej próbie (oczywiście mówimy o tych najłatwiejszych), jednak ja trenuję niemal półtora roku i wciąż nie jestem w stanie przetańczyć pełnych 4 minut. Najpierw należy opanować do perfekcji poszczególne figury, potem przejścia pomiędzy nimi i zgrać to wszystko. W sumie to setki, jeśli nie tysiące podejść i zdarza się, że ręce mdleją. Nic jednak nie daje takiej satysfakcji, gdy na jednym treningu za cholerę nie macie siły, nic nie wychodzi, myślicie, że nigdy wam się nie uda, a trzy dni później SUKCES! Ciało ludzkie jest niesamowite i dopiero teraz, gdy poddaję je tylu próbom widzę do ilu rzeczy jest w stanie się przystosować. Każda rzecz, która wydaje się ograniczeniem jest do pokonania, wymaga to jedynie nakładu cierpliwości i czasu. A kiedy już wychodzi, to przypomina mi się cytat Dirdy Birdy, coś co kilka razy powtórzyła: Pole is flying.
Następny wpisNowszy post Poprzedni wpisStarszy post Strona główna

1 komentarz:

  1. I have just downloaded iStripper, so I can have the sexiest virtual strippers on my desktop.

    OdpowiedzUsuń